Cud Miód Box

Jakiś czas temu trafiłam na stronę internetową Pani Asi i Pana Krzysztofa. I zapragnęłam tego, czym się zajmują.

Dziś dotarł do mnie mój pierwszy CUD MIÓD BOX.

To pięknie zapakowane pudełko pełne smaków.

W cud miód boxie, który został do mnie dostarczony paczką kurierską znalazły się wyselekcjonowane przez pomysłodawców produkty ekologiczne i naturalne. Ekologia jest myślą przewodnią tej edycji pudełka.

IMG_4479W pudełku opakowanym szarym papierem z pieczątką oprócz produktów znalazłam bardzo sympatyczny i ciepły list ze „słowem wstępu”  oraz książeczkę z opisami producentów produktów, które znalazły się w pudełku.

IMG_4482

Takie pudełko ucieszy każdego kulinarno- żywieniowego geeka, zapewniam. Nawet jeżeli sam musi za niego zapłacić. Zapakowane ręcznie, w bardzo rustykalnym stylu, krzyczało otwórz i zobacz jakie smaki mam w środku !

Uważam, że pomysł jest genialny. Można poznać kilka nowych produktów regionalnych, które nie są w stałej sprzedaży w miejscach gdzie robicie zwyczajowo zakupy. Można samego siebie zaskoczyć. Spróbować czegoś nowego.

Jeżeli chcielibyście zamówić swoje pudełko to polecam stronę

www. cudmiodbox.pl

A jeżeli jesteście ciekawi co było w moim pudełku patrzcie i czytajcie dalej 😉

IMG_4481

W moim pudełku znalazłam:Amarantusowe talarki z dodatkiem melasy buraczanej i sezamu.

Producent: Ekoprodukt

Bardzo mocny posmak buraczany dodaje im oryginalności. Fajna alternatywa dla tradycyjnych przekąsek . Ich struktura bardziej przypomina wafle ryżowe niż ciasteczka, co powodują ekspandowane ziarna amarantusa. Wszystkie składniki talarków pochodzą z rolnictwa ekologicznego.

Naturalna herbata ziemiańska

Producent: BLIK

Herbata to słowo użyte na wyrost. Jest to mieszanka ziół, pozwalająca uzyskać aromatyczny napar ziołowy.  Na mieszankę składają się listki poziomki, jeżyny, czarnej porzeczki oraz aromat kwiatu głogu oraz czerwonych owoców jarzębiny ( opis z opakowania). Zazwyczaj nieśmiało stronię od owocowych herbat. Lubię klasykę. Jeżeli chodzi o zioła to mięta, melisa i rumianek są mile widziane w moim kubku. Jednak ta herbatka rządzi ! Jest naprawdę aromatyczna, mocno ziołowa, smak czerwonych owoców nie tłumi aromatu ziół.  Spodziewałam się tego, do czego byłam przyzwyczajona: kwaśnego naparu. Wrażenia zupełnie  inne. Według informacji ze strony internetowej producenta produkt posiada certyfikat rolnictwa ekologicznego UE.

W pudełku znalazłam jeszcze olej rydzowy, pasztet z soczewicy oraz napój na bazie Yerba Mate. Dam wam znać co o nich sądzę jak tylko znajdę troszkę miejsca w brzuchu na skosztowanie!

Reklamy

Kucharz – recenzja

90079864              KUCHARZ – Martin Suter

 

Moje doświadczenia z kuchnią molekularną mogę sprowadzić do zajęć z nowoczesnych metod w technologii żywności, na których zabawiałam się z ciekłym azotem, co poskutkowało odmrożeniem moich stalowych placów (sic!) oraz wyprodukowaniem całkiem smacznych lodów w 3 minuty.

Co do doświadczeń z kuchnią Tamilską, Indyjską i pokrewną to raz odwiedziłam pewną restaurację na starym mieście w Warszawie, w której niedziałająca klimatyzacja w połączeniu z bardzo aromatyczną wonią intensywnych przypraw doprowadziła mnie do potoku łez. Jedzenie było całkiem przyzwoite, ale szału nie zaznałam…

Jak widzicie, niebo i ziemia nie zachęcały mnie do podjęcia kolejnej próby przeniesienia tego typu dań do mojej kuchni…

Po przeczytaniu tej książki, której tytuł zupełnie nie odzwierciedla jej treści mam ochotę na więcej. Więcej eksperymentów kulinarnych z pogranicza chemii i fizyki i więcej jedzenia pełnego aromatycznych i egzotycznych przypraw rodem z Azji.  Postanowiłam rzucić w  niepamięć urazy i złe doświadczenia i pójść na całość.

Myślę, że zdjęcie z okładki mówi dużo więcej niż jej tytuł. Książka jest o mężczyźnie, który nadaje jedzeniu bardzo dużą wagę. Jego umiejętności i wiedza przekazania z pokolenia na pokolenie pozwalają mu na rozpoczęcie działalności opartej na przygotowywaniu jedzenia, które pobudza wszystkie zmysły i prowadzi jedzących… wprost do łóżka.

Nigdy nie byłam przekonana do intensywnych smaków i zapachów cynamonu, kardamonu, imbiru czy curry. Nikt nigdy nie nauczył mnie tego jak ich używać i myślę, że sam ich widok napawa mnie lękiem bo… nie potrafię ich wykorzystać.

Książka ta jednak przekonała mnie do podjęcia próby przełamania strachu. Nie powiem wam, czy przepisy spełniają swoją erotyczną funkcję – myślę, że musicie spróbować sami, jednak wydaje mi się, że ten bardzo egzotyczny świat wymaga poświęcenia się w zupełności przygotowaniu potraw. Wymaga dokładności, przestrzegania proporcji, przygotowania się na nieudane próby, cierpliwości w dążeniu do zadowalającego efektu. Wymaga porzucenia higienicznej umiejętności jedzenia nożem i widelcem i oddaniu się przyjemności jedzenia jedynie za pomocą rąk, nawet jeżeli jest to nietypowe, krępujące czy niezrozumiałe w naszej kulturze. Jednak, jeżeli osiągniecie już ten efekt możecie spodziewać się naprawdę wielkiej satysfakcji 😉

Polecam również skorzystanie z kilku ostatnich stron książki… informacje na temat ich treści pozostawię w tajemnicy, sami je odkryjcie 😉

Sekret jedzenia dla przyjemnośći

Obrazek„Francuzki nie tyją” to świetna książka autorstwa Mireille Guiliamo. Jest to książka o odchudzaniu, autobiografia i przepis… na szczęście.

Autorka jest rodowitą Francuzką, która wyemigrowała do USA, gdzie jej książka odniosła wielki sukces. I wcale się nie dziwię. Książka nie opisuje diety w formie tabel, wykresów, list zakazanych i dozwolonych produktów, rad dotyczących treningu … tak książka to recepta na nadwagę niewymagająca ogromnej ilości czasu, wyrzeczeń i dni okropnego nastroju.

Książka pozwala nam zrozumieć dlaczego Francuzki nie są otyłe mimo tego, że ich narodowa kuchnia jest naprawdę kaloryczna,  a  do tego mocno związana z winem

Jest napisana naprawdę przystępnie i warto ją przeczytać, bez względu na to ilu kilogramów chciałybyście się pozbyć.

Wprowadzenie kilku zasad przedstawionych w książce pozwoli wam naprawdę poczuć się zdrowszymi… a przede wszystkim bardziej kobiecymi.

I pamiętajcie – małe kroki prowadzą do wielkich efektów

  • Zacznijcie chodzić po schodach zamiast jeździć windą,
  • Pamiętajcie, że smak to tylko pierwszy kęs,  każdy następny  to już łakomstwo
  • Więcej spacerujcie zamiast jeździć autobusem ( Widziałyście kiedyś prawdziwą damę w autobusie ? )
  • Nie jedzcie byle czego. Jeżeli macie zjeść czekoladę ( bo przecież kochamy czekoladę) to kupcie jedną, tę najwyższej jakości, tę która was uwodzi , zamiast trzech przeciętnych tabliczek
  • Celebrujcie !!! Jedzenie to przyjemność. Nawet jeżeli jecie same, to warto nakryć stół, wybrać ulubiony talerz czy miseczkę, napić się herbaty w porcelanowej filiżance….
  • I koniecznie przeczytajcie ” Francuzki nie tyją” żeby zrozumieć, że to wszystko ma sens…

Les Saveurs du Palais

7505880.3Les Saveurs du Palais to w wolnym tłumaczeniu „Smaki Pałacu”. Oficjalny polski tytuł filmu zabrzmiał więc- Niebo w gębie  – całkiem logiczne nieprawdaż ? 😉

Dziś chciałabym napisać kilka słów o tym  najbardziej apetycznym filmie jaki moje oczy widziały.

Nie chcę zdradzać Wam całej fabuły i opowiadać szczegółów, ale musicie wiedzieć,że film mnie bardzo zainspirował 😉

Film opowiada o kobiecie, która z dnia na dzień porzuciła swoją przydomową uprawę, swoje kaczki i prowincję na rzecz podziemi Pałacu Elizejskiego i prywatnej kuchni prezydenta.  Widz oglądając film wręcz „dotyka” francuskiej kultury.

Ja,  po przeczytaniu książki „Francuzki nie tyją” autorstwa Mireille Guiliano zakochałam się we Francuzkach i ich stylu życia, jedzenia, świętowania i bycia dla siebie dobrymi.  Według mnie są to  nadzwyczaj uparte, konsekwentne i ambitne kobiety, które mają konsekwencję i ducha walki we krwi. Oczywiście możecie mnie posądzić o stereotypy, no ale cóż, taka jest moja wizja kobiet, które mi szalenie imponują. Film poprzez główną postać Hortense Laborie, wzorowanej na autentycznej kobiecie – Daniele Mazet-Delpeuch potwierdził moje przekonania. Bo która z nas, chcąc dorównać całemu zastępowi szefów kuchni ubranych od szyi po kostki w profesjonalne fartuchy, nastawionych przeciwko nam, ma to w nosie, i używa cudownie kobiecego fartuszka i zawsze zakłada perły do kuchni ? To jest tak pełne kobiecości, zmysłowości i tego „francuskiego czegoś”, że aż brak mi słów.

W filmie urzekają również prezentowane dania i wykorzystane w filmie przepisy.  Przepisy dotyczą świetnych francuskich klasyków, ale nie tych z serii  haute-couture… doszukacie się w nim domowych smaków Francji.

Kaczek, grzybów, trufli, jaj, cudownych ciast, ryb… ah ! Musicie obejrzeć !

A po filmie ruszyłyśmy z Olą na poszukiwanie francuskich smaków, i choć to na pewno nie jest Gateau du Saint-Honore to było naprawdę pyszne ptysiowe ciastko z kasztanowym crème pâtissière 😉

IMG_2131

A na koniec specjalnie dla tych, którzy powzięli noworoczne postanowienia dedykuję cytat z filmu, który wyjątkowo przypadł mi do gustu :

<< Zdrowie utrzymane za pomocą zbyt restrykcyjnej diety staje się tylko przykrą chorobą >>

Nie marnuj jedzenia i przepis na solo obiad

Miałam duży problem, kiedy wyprowadziłam się z domu rodzinnego i zaczęłam mieszkać sama. Gotowanie dla jednej osoby wcale nie jest proste. Musiałam nauczyć się tego, ile makaronu gotować, żeby nie jeść go przez najbliższy tydzień, jak robić zakupy, żeby je donieść do domu samodzielnie i jak nie wyrzucać dużych ilości jedzenia.

Marnowanie jedzenia to chyba najgłupszy, zaraz po płaceniu mandatów sposób na bez efektywne wydawanie pieniędzy.

Oprócz tego, że cierpi na tym nasz portfel niszczymy też środowisko, produkujemy nadmierną ilość śmieci i ścieków, no i oczywiście nie szanujemy cudzej pracy włożonej w produkcję. Jestem fanką jakości a nie ilości. Oczywiście nie wariuję na punkcie żywności jedynie ekologicznej, bo niestety w naszym kraju nadal jest bardzo droga, i mnie na nią nie stać. Ale dużo bardziej wolę pójść na targ i kupić dwie siatki owoców i warzyw  niż cały kosz zakupów w supermarkecie.

Zakupy robię zazwyczaj w weekend, kiedy targ w pobliżu mojego domu jest czynny. Kupuję na nim owoce i warzywa oraz kwiaty.  W przechowywaniu warzyw świetnie sprawdzają się woreczki strunowe, które są dostępne w każdym supermarkecie. Za 50 sztuk zapłacicie ok. 6 zł, ale moja kalkulacja zapewnia, że to opłacalny wydatek. Sałatę  możecie przełożyć do takiego woreczka, włożyć do niego kawałek ręcznika papierowego żeby chłonął wodę, i gdy będziecie go wymieniać co 3 dni sałata przeżyje w lodówce nawet do 10 dni bez żadnego szwanku na jakości! Podobnie jest ze świeżymi ziołami, czy warzywami korzeniowymi.

Pamiętajcie, żeby nie trzymać cebuli w lodówce, ponieważ jest tam wilgotno i może zacząć gnić lub kiełkować. Paprykę możecie pokroić  w paski i śmiało zamrozić, podobnie z pieczarkami, które najlepiej blanszować przed mrożeniem.  Pieczywo, które jadam sporadycznie kupuję w piekarni na dole w ilości, którą zjem od razu lub piekę sama. Mam jednak w zamrażarce zawsze kilka kromek chleba tostowego, który świetnie się mrozi a w chwili kryzysu idealnie nadaje się do wrzucenia go do tostera i przygotowania grzanek. Przetwory w moich szafkach zazwyczaj pochodzą od mamy, więc zakup takich produktów jak sosy do spaghetti, dżemy czy marynowane warzywa mam z głowy. Nie kupuję również soków z bardzo prozaicznej przyczyny- nie mam siły ich nosić, a poza tym uwielbiam wodę. Raz na jakiś czas porywam jednego ze swoich znajomych ( zazwyczaj w środku nocy)  do supermarketu i zaopatruję się w nią na dłuższy czas.Kupuję sok kiedy naprawdę mam na niego ochotę i czuję jego smak, a nie piję go mechanicznie dostarczając organizmowi zbędnego cukru. Jeżeli jednak nie lubicie czystej wody kupcie sobie ładną butelkę i róbcie lemoniadę : na litr przegotowanej wody wyciskamy sok z 2-3 dużych cytryn, dodajemy 2-3 łyżki cukru i listki mięty. Chowamy do lodówki i gasimy pragnienie. Naprawdę fajna sprawa na lato.

Moje must have w lodówce to:

  1. cytryna
  2.  jogurt naturalny
  3.  2-3 jajka
  4. mleko
  5. sałata

Ach no i to gotowanie!

Bardzo trudno było mi na początku gotować pół graczka zupy, a ciast nie robiłam w ogóle ponieważ musiałam je wyrzucać. Potem zaczęłam piec i wynosić do ludzi. Obecnie mam parę cudownych naczyń w swojej kuchni, które pozwalają mi na puszczenie swoich kulinarnych fantazji w każdym kierunku bez urządzania food party. Mam formę do zapiekanki idealną na jednoosobową porcję, foremki do minitart, mały rondelek idealny na dwie porcje zupy.

Myślę, że trzeba tylko chcieć się przestawić i nauczyć.Jeżeli macie z tym problem to mam dla was parę fajnych stron, które na pewno wam pomogą.

KALKULATOR PORCJI: http://www.niemarnuje.pl/policz-porcje.html

SUPER ARTYKUŁ, KTÓRY CZYTAJĄC ZASTANAWIAŁAM SIĘ, CZY ABY PRZYPADKIEM KTOŚ NIE OPISYWAŁ MOJEJ KUCHNI http://www.marieclaire.com/celebrity-lifestyle/articles/livingalonerecipes

FAJNE POMYSŁY NA TO , CO ZROBIĆ Z RESZTEK BY KURONIE http://niemarnuje.pl/kucharze-nie-marnuja.html

I mój przepis na jednoosobową zapiekankę z bakłażanem, cukinią i mięsem mielonym

  • 300g. mielonego mięsa cielęcego
  • 1 cebula
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 puszka pomidorów pelati
  • 1 mały bakłażan
  • pół cukinii
  • 1/4 kulki mozzarelli
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • zioła prowansalskie
  • sól

mięso podsmażamy z cebulą i czosnkiem na oliwie. Zalewamy pomidorami z puszki i gotujemy ok. 20 minut. Pod koniec doprawiamy solą i ziołami. Zużywamy ok 1/3 sosu, resztę po ostygnięciu dzielimy na dwie porcje i zamrażamy -świetna baza  do wykorzystania na spaghetti, cannelloni, lasagne, chilli con carne…

Bakłażana kroimy na plastry i solimy. Układamy na ręczniku papierowym. Robimy to po to, żeby bakłażan puścił sok, i w ten sposób pozbywamy się specyficznej goryczki. Cukinię również kroimy na plasterki. Przechowuje się bardzo dobrze więc pozostałą część bez obaw możecie schować do lodówki i wykorzystać pod koniec tygodnia.

Odciśnięte plastry bakłażana układamy na dnie foremki, wykładamy sos, przekładamy cukinię, zmów sos aż do wykorzystania całości warzyw. na wierzchu układamy kawałki mozzarelli, a resztę możecie śmiało zamrozić i wykorzystać do pizzy.Pieczemy 20 minut w temperaturze ok. 180 stopni pod przykryciem, a pod koniec odkrywamy, żeby ser się zarumienił

Italy

Odkopałam swoje notatki sprzed dwóch miesięcy ( jak ten czas leci !) i postanowiłam się z Wami nimi podzielić, bo z perspektywy czasu nadal wydają mi się trafne 😉 Mimo iż u nas wiosna zagościła na dobre  i schowałam już zimowe ubrania, w takie deszczowe niedziele jak ta dzisiejsza tęsknię za Gosią i jej włoskim życiem. W Genui musi być teraz naprawdę ciepło 😉

Wróciłam z naładowanymi bateriami.  Wydaje mi się, że Włosi są tacy pogodni za sprawą dużej ilości słońca, wina i oliwy z oliwek.  To była cudowna podróż. Przywiozłam dla was kilka przepisów, parę zdjęć. Sobie zafundowałam worek pozytywnej energii i walizkę kawy, oliwy i pesto.

Śniadaniowa sałata Gosi z koprem włoskim, pomarańczą i tostami.

  • kilka garści sałaty
  • 1 koper włoski
  • 1 pomarańcza
  • 4 tosty pszenne
  • dżem

Zieloną sałatę rwiemy na kawałki, fenkuł kroimy na cienkie piórka i dodajemy do sałaty. Pomarańcze obraną z błonek i gorzkiej białej skórki kroimy na spore kawałki i dodajemy do warzyw. Smakuje naprawdę super, szczególnie z pszennym tostem posmarowanym dżemem 😉

Włoska sałata jest o niebo smaczniejsza. Gdybym miała być królikiem na pewno zamieszkałabym w Italii. W ogóle, gdybym miała gdzieś zamieszkać ze względu na jedzenie to wybrałabym ten kraj. Pomidory w lutym z plastikiem nie mają kompletnie nic wspólnego, pomarańcze rosną na drzewach, karczochy na pizzy nikogo nie dziwią, oliwa jest tania jak barszcz, śniadania są na słodko, kawy nie podaje się z  nieziemską ilością mleka w dużym papierowym kubku a w malutkich filiżankach. Lubię sbx style, ale te filiżanki są uroczo romantyczne. Szczególnie gdy możecie  usiąść na molo, popatrzeć na spokojne morze i zapalić papierosa ciesząc się przemijającą chwilą. Ser pachnie z daleka, a aperitivo, czyli małe przekąski do drinka w każdej restauracji koło godziny 19 są ogólnonarodową tradycją. Wino nie jest słodkim ulepkiem i nikt nie udaje, że jest sommelierem. Pije je się w szklankach i nikogo nie interesuje siedzące miejsce w knajpie. Ważne jest towarzystwo. Uwielbiam ten kraj, pogodę ducha tych ludzi i moją przyjaciółkę, za sprawą której mogłam przez kilka dni poczuć atmosferę prawdziwego dolce vita, a nie sztuczną nakręcaną banknotami turystyczną szopkę.

Focaccerie w Genui są tak popularne jak piekarnie w Polsce. Słodka bułka na drugie śniadanie wymięka przy miękkiej, słonej, wytrawnej focaccii z oliwką, cebulą, papryką czy serem.  ( no dobra, entuzjaści wersji soute bezczeszczą ją czasami nutellą, ale nie można nikogo winić za miłość do czekolady)

Mój przepis na focaccie z oliwkami

  • 250 g mąki
  • 10 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżka oliwy
  • 150  ml wody
  • garść g czarnych oliwek ( suszonych pomidorów, pomidorów koktajlowych, rozmarynu, cebuli, sera lub innego prostego składnika, który lubicie! )
  • sól morska
  • oliwa
Drożdże rozcieram z łyżeczką cukru, dodaję łyżkę mąki i odrobinę wody, dokładnie mieszam tak by otrzymać konsystencję gęstej śmietany. Przykrywam ściereczką i odstawiam na kwadrans aż rozczyn zacznie rosnąć.
Przesiewam mąkę, mieszam z solą. Robię w środku dołek i dodaję rozczyn, wodę oraz oliwę. Zagniatam ciasto.
Przekładam ciasto do miski wysmarowanej oliwą i odstawiam pod przykryciem do wyrośnięcia na około 40 minut. Informuję tych,którzy nigdy się nie śpieszą i uwielbiają planować, że cała noc podarowana temu ciastu na wyrośnięcie jest dobrą inwestycją w smak 😉
Wyjmuję ciasto, zagniatam i formuję placek. Przekładam go na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, palcami robię urocze okrągłe zagłębienia w cieście. Posypuje solą morską i obficie skrapiam oliwą. Rozkładam oliwki.Odstawiam na 15-20 minut w ciepłe miejsce. Focaccie pieczemy w maksymalnie nagrzanym piekarniku (u mnie yo 230 stopni) przez około 20-30 minut.

coffee

Zaczynam romans. To będzie bardzo aromatyczny związek. Powoli uzależniam się od zapachu świeżo mielonej kawy. Myślę, że świat zapachów i aromatów w który właśnie wchodzę będzie strasznie ciekawy. Mam ochotę zajrzeć w każdy kąt.

Zawsze wolałam pić herbatę. Kawa ? Z dużą ilością mleka i syropu jest super, ale w moim przypadku dotychczas było to raczej mleko z kawą a nie kawa z mlekiem.

Z herbatą łączą mnie dobre relacje. Jaśminową lubię na wieczór z książką, earl grey  kojarzy mi się z letnimi wieczorami na tarasie. Czerwoną  pur-erh piję zawsze kiedy wiem, że ktoś ma ochotę ukraść mi kubek, bo wszyscy mówią, że śmierdzi błotem, ale to mój ulubiony gatunek herbaty. Zielona świetnie pasuje na początek dobrze zapowiadającego się dnia  a czarną z miodem i cytryną  serwuję sobie zawsze wtedy gdy mam ochotę przytulić się od środka. Czarna niskogatunkowa herbata ?  Nic nie smakuje lepiej późną nocą w środku lasu. Jestem poważnie uzależniona od herbaty i ani mi się śni zrywać z tym nałogiem.

Ale za sprawą pewnych zbiegów okoliczności, podjętych kroków i faktów dni ostatnich poważnie dochodzę do wniosków, że dorosłam do kawy. Odwiedzenie Italii i pobyt z M. zmusił mnie do przekonania się, że to całkiem dobra sprawa. W mojej szafce pojawiła się kawiarka, której nastawienie na gaz to pierwsza rzecz jaką robię po przebudzeniu. Uwielbiam ten zapach

Kilka dni temu  pierwszy raz w życiu mogłam wziąć udział w coffee tastingu. Siorbanie i niuchanie wskazane. Doszukiwanie się smaków schowanych w jakiś zakamarkach czarnego płynu jest całkiem przyjemne ale schody zaczynają się kiedy trzeba znaleźć w swojej głowie odpowiednie słowo, które określałoby ten smak. Lokalizowanie smaku na języku też wcale nie jest łatwe! Wiele osób sądzi, że wszystkie kawy są do siebie podobne. Ja do niedawna również rozróżniałam tylko kawę rozpuszczalną od tej z ekspresu.

Ale już wiem że nie mogłam się bardziej mylić! Wystarczyło, że porównałam dwie kawy  i już wiem, że są zupełnie inne. Te z Afryki mają owocowe nuty, dla mnie bardzo grejpfrutowe i cytrynowe. Kawa z Ameryki Łacińskiej sprawia wrażenie „czekoladowej” a  kawa ze zmielonych ziaren hodowanych na drzewach w okolicach Azji i Pacyfiku ma wytrawny smak, nie potrafię go  jeszcze określić ale podobno to coś z dziedziny ziół.

R- to obszary gdzie hodowana jest kawa Robusta, A- Arabica M- oba rodzaje kawy.

Obiecuję raz na jakiś czas podzielić się z wami moją świeżą wiedzą na temat kawy 😉

„This is a story of boy meets girl. But you should know up front, this is not a love story”

Ponieważ niedługo mamy 14 lutego, szał plastiku i całego tego sztucznego stuffu rozpoczął inwazję na klienta. Podczas kupowania bułek wpadłam na dobry temat i chciałabym napisać trzy słowa o miłości. Przez pryzmat literatury, of course.

Na wstępie powiem wam, że nie lubię książek, które mają dobre zakończenie. Lubię kiedy książkowa miłość jest trudna, zawiła, cierpiąca i nietrwała. Ja w ogóle nie odnajduje się w klimatach buziaków, pocztówek, listów miłosnych, kolacji raz do roku, czekoladek i kwiatów. Jedni nazywają to brakiem romantyzmu, inni sztywnością. Myślę, że nie do końca akceptuje lukrowany świat z sercami z papieru i czułymi słówkami. Poza tym, nie każdy jest stworzony do uwielbiania róż 😉

Ja za to jestem stworzona do uwielbiania kryminałów i historii o miłości, które nie są typowymi love story.

No dobra przyznam wam się. Są dwa filmy na których płaczę. „Zielona Mila” i „500 days of summer”. Pierwszego filmu nie muszę chyba nikomu przedstawiać i każdy wie, że łzy na tym filmie raczej nie wynikają z wrodzonego romantyzmu. Za to film numer dwa… Jest moim no. 1 na złe dni. A scena , która wywołuje we mnie strumienie łez ni jak nie podchodzi pod romantyzm. Każdy kto obejrzał ten film i już wie, że brak tam pozytywnych przejawów miłości , właśnie powinien sobie zdać sprawę z tego, że NAPRAWDĘ lepiej odnajduję się w klimatach dzisiejszego dnia pizzy niż magicznego 14 lutego.

No ale nie należy się zamartwiać i płakać, tylko dlatego że są Walentynki. Skoro już ktoś wymyślił tę nazwę i wybrał datę trzeba przestać to krytykować i przeżyć według własnej recepty.

Ja dziś w związku z wyjazdem musiałam trochę wyprzedzić fakty, ale mam nadzieję, że może przydadzą wam się jeszcze przed Walentynkami. Mam dla was kilka książek o miłości które lubię , uważam za ważne i chciałabym się z wami podzielić opinią na ich temat. Z każdej można wyciągnąć naprawdę dużo mądrości, choć do książek ze szczęśliwymi zakończeniami nie należą. Wybierzcie chociaż jedną, przeczytajcie i dajcie znać co sądzicie 😉

„One Day” David Nicholls

„ – Tylko obiecaj, że już nie będziesz mnie zmuszała do seksu.
– To co będziemy robić?
– wiem, że to głupio zabrzmi – powiedział nieśmiało – ale moglibyśmy zagrać w scrabble.”

Skończyłam czytać tą książkę kilka dni temu. Szło mi opornie, bo czytałam ją w oryginale, więc miałam cele raczej edukacyjne niż rozrywkowe. Myślę, że powinnam przeczytać ją również po polsku żeby wtopić się w tą historię w stu procentach, ale po „pierwszym czytaniu” uważam , że jest całkiem niezła.

To, że przeciwieństwa się przyciągają wiadomo nie od dziś. W książce Davida Nichollsa poznajemy dwoje ludzi, którzy na pierwszy rzut oka są jak ogień i woda. Połączyła ich jednak miłość, przyjaźń, ale chwilami także nienawiść. Różnica między bohaterami jest taka, że ona żyje z pasją, on pełnią życia.
Ona to dziewczyna z ideałami, niezwykle bystra, nieświadoma własnej urody, trochę zakompleksiona, powiedzmy wprost szara myszka. W dniu rozdania dyplomów poznaje swoje przeciwieństwo Dextera. Widzi w nim to czego on sam nie dostrzega. Przez lata tłumi swoje uczucia, jest z nim tak blisko, a jednocześnie tak daleko.
On to chłopak dla którego liczy się tylko to co jest tu i teraz. Przystojniak, który ma wszystko o czym pomyśli. Mimo, że Emma nie jest w jego typie i początkowo miała to być jedno nocna przygoda to nie może się z nią rozstać.
Ich znajomość przechodzi różne etapy. Zawsze jest to jednak Dex i Em. Em i Dex.
Tytułowy Jeden dzień może mieć wiele znaczeń. 15 lipca był jednocześnie początkiem i końcem. Poznajemy historię bohaterów z perspektywy jednego dnia, to tak jakby raz w roku spotykać się z najlepszą przyjaciółkę, która chce nadrobić stracony czas. Jeden dzień ma również charakter symboliczny. Konstrukcja powieści jest bardzo przemyślana, co nadaje jej uporządkowany charakter.
Czytając tę książkę wydaje Ci się, że wiesz jak się skończy. Tak naprawdę nic nie wiesz. Na pewno Cię zaskoczy, może doprowadzi do łez, prawdopodobnie skłoni do przemyśleń, ale czytelniku na pewno nie pozostaniesz obojętny.

Jestem bardzo ciekawa ekranizacji tej książki. Mam jednak nieodparte wrażenie, że ciężko będzie oddać tak zawiłe uczucie jak „kocham go, a jednocześnie nienawidzę”.

„Kochałem ją” Anna Gavalda.

„Podziwiam tych, którzy mają odwagę spojrzeć w swoje odbicie w lustrze i powiedzieć głośno: „Mam prawo do błędu”. Tylko kilka słów, a ile trzeba mieć w sobie siły, żeby spojrzeć na własne życie z otwartą przyłbicą i zobaczyć je takim, jakie ono jest. (…) Mieć odwagę spojrzeć prawdzie w oczy, zmierzyć się z sobą. Stawić czoło sobie samemu. Właśnie sobie.”

Krótka opowieść o miłości, której już nie ma. O złych decyzjach i porażkach małżeńskich. O tym, że czasami nie należy robić czegoś za wszelką cenę, i o tym że zwianie sprzed ołtarza może być nie tylko wstydem, ale również dobrą decyzją, która może uratować więcej niż jedno złamane serce.O tym co to miłość z rozsądku i dlaczego nie należy czuć się zobowiązanym do kochania drugiej osoby. Kto ma lepiej? Odejść od rodziny, czy zostać i próbować wszystko posklejać. Jedno i drugie sprawi, że ktoś (a czasem nawet kilka osób) płaci bardzo wysoką cenę. Nie ma bowiem mniejszego zła. Nie ma lepszego wyjścia. Może być bardziej kulturalne, mniej drastyczne, ale lepsze? Dla kogo? Nigdy nie uda się pogodzić dwóch osób. Książkę czyta się błyskawicznie – w sumie jeden wieczór – i należy do tych, których sens dociera do Ciebie po kilku dniach

„Tektonika uczuć” E.E.Schmitt

” Kobiety mogą rozumieć tylko to, co jest kobiece w mężczyźnie; mężczyźni tylko to, co jest męskie w kobiecie. Innymi słowy, żadna płeć nigdy nie zrozumie drugiej. Tłumacząc sobie jego zachowanie, możesz być pewna, że się mylisz.”

Nie należę do osób, które zaczytują się w dramatach. Ale to wyjątkowy dramat. Akacja zaczyna się kiedy to główni bohaterowie Richard i Diane przeżywają wzajemną miłość… Wszystko zaczyna się psuć, bo Diane podejrzewa, że Richard już jej nie kocha…On dla podkręcenia atmosfery zachorował na wyimaginowaną nieuleczalną chorobę, żeby ona go bardziej kochała. Ona, z premedytacją podsunęła mu inną kobietę, żeby końcówkę swoich dni spędził w szczęśliwym związku. Intryga pogania intrygę. Na końcu oczywiście wszystko się komplikuje, ktoś umiera, a życie toczy się dalej.
„Tektonika uczuć” to poetycka i zdecydowanie rzadko spotykana opowieść o tragicznej miłości, którą powinien znać każdy niezależnie od wieku. Dzięki temu ludzie mogliby popełniać mniej błędów, stać się lepszymi i może choć raz w swoim życiu pomyśleli by nie tylko o nienawiści lecz również o miłości.

Całuje znad spakowanej walizki i pudełka ciastek.

I życzę wam duuuużo miłości, czymkolwiek dla was jest 😉

BOOKS !

Już jakiś czas zbierałam się do napisania jakiegoś bardziej luźnego posta,  ale jakoś tak zawsze wpadały mi do głowy kulinarne pomysły i nie było czasu.

Uwielbiam czytać. Naprawdę nie rozumiem ludzi  dotykających mniej niż dziesięciu książek w ciągu roku, pomijając podręczniki i skrypty. Ostatnio mocno zaaprobowały mnie Szwedzkie kryminały, które są naprawdę wciągające ale nadal lubię wrócić do klasyków Cobena, Cooka albo Grishama.

Mam przy sobie książkę prawie zawsze. W metrze, w pociągu, na wykładzie, który może okazać się stratą czasu ( niestety takie się zdarzają) , na wakacjach. Moja walizka podczas letniego wyjazdu miała spory nadbagaż z powodu literatury. Oczywiście w dzisiejszych czasach coraz lepiej działa system książek elektronicznych, które nie ważą prawie nic i można je zabrać wszędzie, ale ja kocham zapach papieru i szelest przewracanych kartek. Nie mniej jednak nie ważne jaką formę czytelnictwa wybierzecie, ważne żeby czytać. Książki są dobre na wszystko: na nudę, na chandrę, na wolny wieczór.

Mam parę miejsc w Warszawie, które czasami odwiedzam w towarzystwie jakiejś wciągającej lektury. Latem wybierałam miejsca, gdzie ciepła pogoda umożliwiała czytanie i rozkoszowanie się słońcem. Pole mokotowskie lub pobrzeże Wisły + książka + koc to dobry sposób na spędzenie przedpołudnia. Czasami umawialiśmy się z M. w Dolinie Muminków na czytanie. Zabieraliśmy książki pod pachę, polowaliśmy na leżaki i tak wspólnie spędzaliśmy popołudnie, każdy ze swoją historią.

Teraz, gdy pogoda nie sprzyja przebywaniu na powietrzu i dotlenianiu odwiedzam sprawdzone miejsca, gdzie zawsze znajdzie się jakiś kąt i duży kubek, które umilą mi czas oczekiwania na spotkanie lub zajęcia. Szczególnie upodobałam sobie T-Bar na Szpitalnej.

Po pierwsze jest to herbaciarnia z prawdziwego zdarzenia, pierwsza tego typu w Polsce.

Serwują tam kilkanaście herbat różnego rodzaju i gatunku, od białych przez zielone po czarne, aromatyzowane, smakowe oraz ziołowe, zaparzone zgodnie z ceremonią! Możecie wybrać herbatę klasyczną lub drinki i koktajle w których główną rolę gra herbata.

Oczywiście poza napojami, lokal serwuje również dania, których receptury układał Kurt Scheller. W menu, do każdego z dań przypisana jest rekomendacja, która z herbat idealnie będzie się z nim komponować.

W każdy piątek w lokalu organizowane są ciekawe zajęcia/spotkania kulturalne o przeróżnej tematyce, a pewnego wieczoru, podczas którego miałam zamiar przebrnąć przez kilka ostatnich rozdziałów ” Kroniki Ptaka Nakręcacza” Murakamiego udało mi się trafić na kulinarne warsztaty z Kurtem Schellerem, który zrobił na mnie piorunujące wrażenie.

a Wy !? Czytacie?  Znacie jakieś fajne miejsca godne polecenia ? Czekam! 😉

O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu

W przedświątecznej gorączce skakania po galeriach handlowych z rozpaczliwą nadzieją znalezienia odpowiedniego prezentu, który spełniałby wszystkie minimalne kryteria znalazłam odrobinę czasu żeby napisać o czymś za czym ostatnio tęsknię.

Tak tak, sama nie wierzę, że to możliwe ale tęsknie za bieganiem.

Historia jest dosyć skomplikowana. Przez 21 lat swojego leniwego życia uważałam czynność nazywaną powszechnie bieganiem za coś obrzydliwie nudnego i trudnego. Nie umiałam biegać, i bez względu na to jak dużą miałam motywację mój bieg kończył się po 150 metrach zadyszką i totalną niechęcią. Podziwiałam ludzi, którzy wychodzą o 6 rano przebiec sobie na dobry początek dnia 10 kilometrów. Uważałam,że jest to czynność do której trzeba mieć wrodzone predyspozycje  i zastąpiłam bieganie ćwiczeniami na siłowni i basenem.

Ale pewnego dnia, zostałam bardzo umiejętnie podpuszczona i zmuszona do podjęcia próby pogodzenia się z bieganiem. Tak więc umówiłam się na randkę z bieżnią, i bardzo miły Pan wyjaśnił mi o co w tym całym interesie chodzi. Nauczyłam się kontrolować swój oddech, dobierać tempo, znalazłam swój rytm i chęci! Zajęło mi to trochę czasu, nic przecież nie przychodzi łatwo. Na początku biegałam po 20 minut, z myślą ” jeszcze 15, jeszcze 10 jeszcze 5…”. Później mój czas wzrósł do 30 minut… i tak doszłam do momentu, w którym zauważyłam, że Las Kabacki wcale nie jest straszny i że można do niego dobiec bez znacznego wysiłku z uśmiechem na twarzy. I gdy wszystko już tak pięknie szło do przodu, i nawet na mojej półce zagościły nowiutkie LunarGlide+3 pewnego pięknego dnia mój mięsień w lewej nodze zaprotestował i powiedział basta! Tak więc na kilka tygodni zostałam uziemiona i zmuszona do odwyku od ruchu.  Siedzę sobie w miejscu i wariuje.

Bo bieganie okazało się cudownym lekiem na depresje, chandry, złości i smutki. Godzina spędzona sam na sam ze sobą i z dokładnie wyznaczonym celem pozwala mi nabrać dystansu do każdego problemu ( i jest sposobem na ocalenie mojej zastawy stołowej,  już nie mam potrzeby trzaskac talerzami w celu rozładowania złych emocji 😉 Jest świetną higieną dla duszy i chwilą relaksu dla umysłu, który może przez kilkadziesiąt minut przestać prowadzić analizy porównawczo-wszelakie.

Nie mam aspiracji na maratony, zabójcze prędkości czy świetne wyniki. Biegam z potrzeby chwili i bardzo,  bardzo chcę móc znowu wskoczyć na bieżnię.

Bieganie ma naprawdę wiele dobrych stron  a ilość ludzi, którzy to doceniają stale wzrasta. Można biegać wszędzie i zawsze. Ba. Można nawet czytać o bieganiu ( może to dobry początek dla tych którzy nadal nie są przekonani). Jeden z moich ulubionych pisarzy, którego książki definitywnie mnie oczarowały, zachwyciły i totalnie uzależniły napisał książkę o bieganiu.

 

 

Przedstawiam wam ” O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” napisaną przez Haruki Murakamiego. Jest to autobiografia Murakamiego. Pisarza, który zajmuje się bieganiem na serio. Po przeczytaniu tej książki możecie poczuć jakąś miętę do biegania. Świetnie opisane uczucia towarzyszące autorowi podczas startów w maratonach, czysto przedstawione relacje z codziennego życia, którego stałym punktem jest założenie butów, wyjście z domu o poranku i pokonanie parunastu mil bez względu na pogodę czy dzień tygodnia. Mnóstwo rad dotyczących tego jak nie poddać się pod wpływem wypalenia, jak sprostać załamaniom motywacji i jak zwyciężać dla samego siebie. Ja przy Murakamim jestem nikim jeżeli chodzi o bieganie. Ten facet biega od 30 lat po 180 mil miesięcznie, co w moich oczach czyni go podwójnym mistrzem. Uwielbiam jego książki i podziwiam jego siłę woli do mierzenia się z takim dystansem. Polecam. Tym którzy biegają na serio i tym którzy biegają od święta, tym którzy szukają jakiegoś punktu zaczepienia w swoim życiu, i tym którzy nigdy biegać nie będą ale chcą poczuć jakąś namiastkę tego jakie doznania towarzyszą bieganiu.

 

Pozdrawiam was przedświątecznie dopychając do walizki  biegowe buty  z nadzieją, że podczas ferii  znajdę chwilę by je założyć na nogi i spalić wszystkie nadmiary tłuszczu, które ostatnio się do mnie przyplątały z powodu kontuzji, i które na pewno przypałętają się podczas Wigilii.